Karnawał za pasem…

Na początek trochę staroci dla… wytrwałych.

Fryderyk hr. Skarbek – „Pamiętniki Seglasa”
fragment wspomnień z czasów Księstwa Warszawskiego

(…) Podczas karnawału przybierał Toruń nadzwyczajną świetność. Towarzystwo pruskie, głównie z oficerów garnizonu i urzędników złożone, które przez rok cały panowało w tem mieście, ustępowało w tym czasie pierwszeństwa towarzystwu polskiemu, z różnych okolic przybyłemu. Zabawy pierwszego były skromne, ciche, po większej części w zebraniach familijnych lub w resursie odbywane; polskie wystawne, huczne, po całem mieście widoczne, zwłaszcza też na redutach, w tym czasie na cały karnawał otwieranych. Panowie ówcześni kraju polskiego schodzili się pieszo na wieczorki swoje, pijali na nich cienką kawę, herbatę i czasem, lecz bardzo rzadko, kieliszek wina słodkiego do ciastek, przez skrzętną gospodynię w domu pieczonych. Ówcześni Polacy częstowali hojnie damy w zgromadzeniach swoich cukrami i słodkiemi chłodnikami, a sami wypijali przysposobione zapasy win wszelkich. Na pruskich zgromadzeniach mówiły kobiety z podziwieniem o zbytkach polskich i udzielały sobie, jako ciekawość, plotek o polskiem towarzystwie zdaleka słyszanych, gdzie niejedna zaszła miłosna intryga, jakby na podziwienie Niemek zawiązana. Tam przemagała w zgromadzeniach liczba nie pierwszej młodości kobiet, a żon panów poruczników, kapitanów i majorów poważną siwizną krytych, tu hoża młodzież, wabne panny, zalotne wdówki i czasem mężatki młodość, życie swoje, na całe towarzystwo przelewały. Prusacy zasiadali poważnie do lombra, wista i w ogromne karty grywanego taroka i w milczeniu, z wielkiem zajęciem o szóstaczki i srebrniki, długą przy łojowych świecach toczyli rozprawę; Polacy otaczali gromadnie ogromny stół zielony, na którym stosy złota, przed bankierami, ustawione, wabiły do gry namiętnych faraona zwolenników.
Zdarzyła mi się sposobność porównania z sobą tych dwóch tak odmiennych towarzystw, gdyż jednego wieczora byłem kolejno na zgromadzeniach jednego i drugiego.
Pani kasztelanowa bywała w domach i odbierała wizyty pierwszych urzędników pruskich, bo jako do rzędu magnatów należąca, miała przywiązany do tego obowiązek udawać uprzejmą względem tych, co jeśli nie lekceważenia, to oziębłości jej byli przedmiotem.
Z tego powodu zaprosiła ją żona generała komendanta miasta Torunia na wielki wieczór, z powodu obchodu uroczystego urodzin męża wyprawiony.

— Pójdziesz WPan ze mną — rzekła do mnie po odebraniu tych zaprosin — bo to będzie bardzo ciekawe do widzenia, zwłaszcza, że oprócz mnie i jednej przyjaciółki mojej, nikt więcej z naszego towarzystwa nie będzie.

Zebrawszy całą usilność największego pośpiechu, aby na godzinę naznaczoną stawić się u pani generałowej, była kasztelanowa ubrana na godzinę siódmą i wkrótce stanęliśmy przed mieszkaniem generała, gdzie na podziwisko wszystkich sąsiadów, dwie lampy przed bramą, pierwsze znamię wielkiej uroczystości, jaśniały.

Wchodzących na schody uderzył nas blask wielkiego światła; było to przezrocze nadedrzwiami wcho-dowemi do mieszkania, przedstawiające cyfrę solenizanta wieńcem z mchu, z igieł i szyszek sośniny otoczoną. Za otworzeniem drzwi dała się słyszeć pieszczona melodya powolnego walca, na kilku dętych instrumentach odgrywana, nic hucznego, nic skocznego, nic oznaczająca. Z ledwo co oświetlonego przedpokoju widać było drzwiami otwartymi po lewej stronie stół filiżankami, imbryczkami, koszykami z owocami i kilku talerzami z ciastami pokryty, który skrzętna gospodyni domu żywo opuściła, aby wybiedz naprzeciw niezwyczajnym gościom i łamaną francuszczyzną damy moje i mnie samego powitać i do drugiego pokoju na prawo nas wprowadzić.

Kilkanaście poważnych matron, podobnie do ustawionych woskowych figur ściany zdobiących, powstało razem z miejsca i kolejno, za przejściem kasztelanowej, dygiem, uśmiechem i skinieniem głowy uprzejmie ją witało. Zatrzymał się na chwilę z uczuciem wkoło toczony szlejfer i muzyka nienaznaczoną w nutach uczyniła pauzę, a w trzecim pokoju runęły krzesła u stolika od kart, bo równie uprzejmy jak gruby generał komendant powstał z miejsca i za pomocą kija z jednej, a pięknej swej córki z drugiej strony, wytoczył się do sali balowej, aby kasztelanową powitać i najserdeczniej jej dziękować za życzliwość jej z powodu tych urodzin, o których ona ani myślała. Po krótkiej chwili wróciło wszystko do dawnego porządku: stary komendant, po wielkich przeprosinach do przerwanego lombra, matrony do pończoszki z pewnym wdziękiem dzierzganej, tańczący do powolnych obrotów swoich, a ja do zwyczajnej roli uważającego cudzoziemca, którego wszystko bawi, cokolwiek jest odmiennnem od obyczajów kraju jego.

I w samej istocie, dziwnem mi się zdawać musiało to tak powolne i rozmyślające używanie zabawy najpospolitszej, że poglądając na bawiących się, zdaje ci się, iż rozbierają szczegóły przyjemności, jakie im zabawa ma sprawić, i że się obawiają, aby jakiej cząstki doznanej pociechy skutkiem pośpiechu nie utracili, kiedy Francuzi, a bardziej jeszcze Polacy, oddają się bez namysłu rozkoszom i z pewnym zapałem poświęcenia zabawie, zdają się jeszcze gonić za nią ustawicznie, trzymać namiętność schwytaną, jakby się obawiali, aby ich nie odbiegła, z ich rąk się nie wyrwała: tamci zawsze są trzeźwi, ci zawsze upojeni wśród rozkoszy; tych zachwyca wrażenie ogółu, zbiór tłumnie doznanych uczuć, tamtych zajmują szczegóły i drobiazgowe wrażenia uciech kolejno doznawanych.
Te dostrzeżenia czyniłem, patrząc na tańczących, których miałem przed sobą. Był to prawda dziś już nieznany taniec, ów szlejfer, o którym wspomniałem, to jest tkliwej melodyi powolny walc, który się zaczynał od powolnego podrygania i rozbujania się par kilkunastu, jak w polonezie za sobą postępujących a potem przemieniał się w drobne kółka wolno w jednem kole, jak części machiny kręcące się. A co to było słodkich uśmiechów i przymileń każdej niemal pary, zwłaszcza gdy oblubieniec z narzeczoną lub nawet mąż z ukochaną małżonką do tego systematycznego zapuszczał się kręcenia. A jaki to był ulubiony taniec, zwłaszcza w towarzystwie, gdzie mało było młodzieży, gdzie z powodu kilkunastu lat pokoju każdy oficer był mężem, ojcem familii, a dla nader rzadkich awansów w armii pruskiej, podporucznicy poważną siwizną okryci.

Z tańczących zwróciłem oczy na moje damy, które siedząc między gospodynią domu i wysmukłą a nader wymowną pułkownikową, uśmiechały się niby uprzejmie i wykrzywiały mimowolnie usta za zbliżeniem do nich filiżanki kawy, przez której przezroczystość kwiatek na dnie naczynia malowany się przebijał, a której nalegającym prośbom gospodyni odmówić nie można było. Wszystkie inne damy miały na nie oczy zwrócone i bez zwrócenia uwagi, nad niemi czynione nawzajem sobie spostrzeżeń udzielały W całem towarzystwie widać było przerwanie poufnej zabawy i rozmowy, bo jedni lękali się być aktorami dla zbyt uszczypliwych widzów, a drugich nudziło zarówno przypatrywać się innym, jak być przedmiotem ich uwagi. Widziałem to po niecierpliwości kasztelanowej, po ukrywaniu jej ziewania i po złośliwym uśmiechu jej przyjaciółki; a gdy gospodyni domu opuściła na chwilę salę tańca, aby w kuchni ułożeniu na półmisku butersznitów przewodniczyć, powstała z miejsca kasztelanowa i zamierzała wymknąć się niepostrzeżona z pokoju, lecz baczna na wszelkie jej poruszenia pułkownikowa posunęła się za nią, aby w zastępstwie gospodyni nie dopuścić tak rychłego zniknienia upragnionych gości, i gdy w samych drzwiach sali balowej ukłonem i prośbą dokazać swego usiłowała, nadeszła żywo z drugiej strony służąca z ogromnym półmiskiem chleba z masłem, cielęciną przekładanego i w gorliwości służby tak mało zważała na dyxy dwóch dam, iż na kasztelanowę wpadła i kilkanaście pomazanych kawałków, jakby dla zachęty dłuższego pozostania, na głowy i suknie obu dam zrzuciła, za co postępująca generałowa mocno ją przepraszać i do powrotu na miejsce, choćby dla obtarcia śladów tłustych łakotków na sukni, przymusiła.

Ten przypadek przedłużył nasz pobyt na wielkim obchodzie urodzin, aż do chwili, gdy córki starego komendanta wraz z przybranemi przyjaciółkami, pieśń czułą na cześć ojca przy oddaniu wieńców i bukietów odśpiewały. Generałowa bowiem dwoiście, jako żona i matka, tak była rozczulona, a całe towarzystwo tak zajęte tkliwą familijną sceną, że nikt nie zauważył tym razem szczęśliwie odbytego wymknięcia się naszego.

Znudzone, zagniewane z powodu otrzymanych plam sukni, udały się obie damy nasze prosto na redutę, aby tam dowolnie szydzić sobie ze zgromadzenia, które opuszczały, i resztę nocy wesołej poświęcić zabawie.
Jakże inny był widok samego zajazdu przed dom redutowy! Z kilku dużych okien ogromnej sali biło na ulicę rzęsiste jej oświetlenie, a przed zajazdem roznosiły cztery kagańce i kilkanaście pochodni, przez zajeżdżających i odjeżdżających lokajów trzymanych, migające światło po bielącej się od śniegu przestrzeni i po pojazdach, wśród zgiełku i dymu uwijających się po ulicy. Huczna muzyka w niewyraźnych tonach dochodziła z sal redutowych i mieszała się z krzykiem liberyi i ze rżeniem koni. Na schodach mnóstwo lokajów z futrami i płaszczami, to naigrawaniem się z przechodzących gości, to przypatrywaniem się maskom i wymyślaniem sobie nawzajem, nudy oczekiwania skracać usiłowało.

Po sali rozlegał się odgłos ulubionego poloneza; kilkadziesiąt par krążyło za sobą żywo, lecz z powagą i z niedościgłą rozmaitością wyrazu i postaci tańcujących. Starsi, zwłaszcza w polskim stroju z pewną przesadą i, że tak rzekę, z przyciskiem, znamię narodowości tańcowi temu nadającym; młodość bez uwagi na taniec, a z żywem zajęciem się tanecznicą; niektórzy z chwiejącą się już głową, równie dla jednego, jak dla drugiej obojętni — ale wszyscy z życiem, z wyrazem wesołości i swobody na twarzach, jakie kilka godzin na miłych zabawach spędzonych dopiero wzbudzają. Weszliśmy przeto jakby w sam odmęt dawno już rozkołysanej uciechy, który porywa z sobą tych, co się do niego dostaną, co iskrę rozkoszy w zimnych przed chwilą roznieca i ślady nieprzyjemnych wrażeń zaciera. Tego wpływu narodowej zabawy doznała kasztelanowa na pierwszym wstępie do rozweselonego koła; tom czytał w jej oczach i w jej szczerym uśmiechu; nie było już ani śladu, ani pamięci wieńców, pieśni, kawy, butersznitów, siwych poruczników i sztywnych matron, ani tego wszystkiego, co przed chwilą znudzenie w niej wzbudzało. Szmer powstał, gdy ją poznano, bo ona była pierwszą damą całego towarzystwa, której żadna inna tego pierwszeństwa nie zaprzeczała, lecz to był szmer uciszenia, którym ją witano, jako upragnioną. Tańczący w pierwszej parze zakończył taniec, przerwały się na chwilę pary, ucichła muzyka, lecz krótko, bo nowy tancerz wystąpił naprzód, zażądał poloneza; dopiero opuszczone połączyły się ręce; z nowem życiem zabrzmiała muzyka, zawiązał się taniec i kasztelanowa przewodniczyła ochoczemu kołu, a ten, co ją prowadził, ów zażyły przyjaciel i męża i żony, stał się powiernikiem wszystkich śmieszności, na wieczorze generałowej dostrzeżonych.

Po jednym obrocie wysunęło się z drugiej sali grono poważniejszych gości, z kieliszkami w rękach, zastąpiło drogę tańczącym, wniosło zdrowie kasztelanowej, którą osadzono na krześle w środku sali, aby kolejne od wszystkich mężczyzn hołdy spełnieniem kielicha za jej zdrowie odbierała. Przy odgłosie trąb i kotłów musiała przetrwać znużenie tego zaszczytu i dopiero gdy tęskniąca za żywszym tańcem młodzież do skocznego mazura stanęła, poszła do grona dam i najzażylszych przyjaciółek odetchnąć i wynurzyć przed niemi uczucia i wrażenia w ciągu wieczora doznane.

Po zajęciu jej i szeptach z kilkoma innemi damami, domyśliłem się, że ma jakieś tajne zamiary sprawienia niespodziewanej przyjemności, czyli tak zwanej siurpryzy towarzystwu. Jakoż po chwili powstała z miejsca; zajęcie się goszczących to tańcem, to kieliszkiem, to żywą rozmową, odwróciło od niej uwagę, tak, że mogła wraz z towarzyszkami swemi zniknąć nieznacznie z sal redutowych.

Dopiero, gdy po upływie godziny zgiełk się zrobił przy drzwiach tak, że tańczący i rozmawiający ku nim tłoczyć się zaczęli, i gdy ujrzano dziewięć muz wraz z Apolinem wchodzących na salę, zaczęto oglądać się za kasztelanową i domyślano się, że ona przewodzić musi ozdobnie maskowanemu gronu i starano się odgadnąć, które z pomiędzy dam towarzystwa do dziewięciu dziewic Helikonu należały.
Urozmaicona tym epizodem zabawa nowego nabrała życia; niezadługo muzy raczyły się zbliżyć do śmiertelnych i po odsłonieniu powabnych twarzy, nowego za przewodem swego Apolina rozpocząć poloneza, w którym polskie kontusze z greckiemi tunikami, zalotni młodzieńcy z surowemi dziewicami, długo po sali krążyły, odbierając pochwały otaczającego ich grona, a następnie z poważniejszego tańca do skoczniejszych przeszły i nie trzymając się już swego grona, każda z wielbicielem swoim, wesołej oddały się zabawie.

Już się ukazywały światła w oknach rano wstających mieszkańców Torunia, już się zabierali do dziennych zatrudnień wczorajsi goście generała komendanta tego miasta, gdy pojazdy z przed sal redutowych rozjeżdżać się zaczynały, uwożąc wszystkie damy i małą liczbę mężów znużonych towarzyszeniem małżonkom w zabawie lub zmuszonych przez nie do jej opuszczenia. Większa część mężczyzn pozostała bowiem w bufecie i w oddzielnej sali u zielonego stołu: tamci w serdecznem oświadczeniu afektów winem wzbudzonych, ci w gwałtownem wzbudzeniu namiętności przez przegraną lub w podsyceniu chciwości wygraną.

Dopiero, gdy od kilku już godzin ludność przemysłowa znojną pracą była zajętą, gdy się ulice zapełniały wozami zboża z okolic sprowadzonego i tragarzami przenoszącemi je do spichrzów, gdy ruch handlu ożywiał cale miasto, ujrzano wśród tego zgiełku grono biesiadujących, poprzedzone znużonymi i upojonymi muzykantami, wracające z reduty do domów, a odprowadzające kolejno wszystkich uczestników zabawy, a ich pochód wstrzymywał uwijanie się ludzi przemysłowych i raził przeciwieństwem rozpusty i próżniactwa z błogiemi zabiegami pracy.

Cały karnawał schodził na takich biesiadach, jedne zabawy łączyły się z drugiemi tak, że rzadki był dzień odpoczynku; bo wieczory niezajęte redutami, poświęcone były balikom przez bogatszych obywateli we własnych mieszkaniach dawanym, a w ostatni wtorek zakończył karnawał wielki bal kawalerski, który dwa dni do zapust przyczynił.
Po wesołości tych zabaw trudno się było domyślić, że byłeś w kraju zajętym, wszelkiego znaczenia pozbawionym, którego panami byli ci właśnie, którzy w towarzystwie i na zabawach najmniej się pokazywali. Patrząc się na ówczesnych mieszkańców, zdawało się, że chcieli zapomnieć o swojem położeniu, uniknąć chwil przytomności i rozpamiętywania, że zgiełk i znużenie rozrywek i zabaw miał zastąpić zajęcie się życiem ogólnem i że w winie odzywające się usiłowali topić troski. (…)