W pracowni toruńskiego lutnika

O lutnictwie polskim to i owo — Jak powstaję instrumenty muzyczne

Lutnictwo jest dzisiaj w Polecę zajęciem mało popularnym. Wynika to z jednej strony z niewielkiego popytu produktów lutniczych na skutek słabo rozwiniętego u nas uprawiania gry skrzypcowej przez szersze masy, – z drugiej zaś strony konkurencyjnej produkcji fabrycznej w tej dziedzinie przemysłu. W dalszej przeszłość polskie lutnictwo ma niejedną piękną kartę (Groblicze, Głazowski, Dankwartowie Grywalski i inni., by wymienić choć kilku przedstawicieli 17 i 18 w.), a i w wieku ubiegłym po okresie wyraźnego upadku lutnictwa polskiego na skutek utraty niepodległości spotykamy w ostatnich dziesiątkach lat kilku wybitniejszych lutnistów (Häuseslerowie, Brzostowski, Kruzińscy).
Obecnie z rzadka tylko słyszymy o polskim lutnictwie amatorskim. Toteż interesuje nas każdy ważniejszy przejaw na tym polu. Czytaliśmy niedawno temu (…), że lutnik krakowski, Jan Chamoł, kontynuuje dawne świetne tradycje Krakowa na polu artystycznego przemysłu lutniczego. Dowiedzieliśmy się również z artykułów prof. dra Kamieńskiego „Szlakiem pieśni kaszubskiej”, że żyje i pracuje na Kaszubach w Nowej Wsi rodzimy lutnik – amator (…). Mamy jednak i u siebie lutnika-artystę, który pracuje cicho i skromnie, a zasługuje stanowczo na to, by zainteresowano się ciekawymi i wartościowymi instrumentami jego konstrukcji.
W Toruniu na Stawkach, przy ulicy Warszawskiej nr 14 mieszka p. Fr. Janczar, kolejarz z zawodu, a lutnik – i to nie byle jaki – z powołania i zamiłowania. Jeśli słusznie się twierdzi, że człowiek żyje właściwie głównie dla chwil wolnych, kiedy poza pracą zawodową może oddać się zajęciom własnym do woli bez względu na zewnętrzny efekt, czyjąś wolę lub rozkaz, wyłącznie tylko z nakazu wewnętrznego, że tu oddaje całą duszę swą, wszystko co ma najlepszego, – to twierdzenie owo zastosować można przede wszystkim do tych. którzy po szarej pracy codziennej oddają sztuce pracy artystycznej i wynalazczej. Przy tej pracy można podziwiać hart woli, wytrwałość, czasem wprost upór w dążeniu do osiągnięcia zamierzeń. Tak też p. Janczar pełniąc sumiennie swe obowiązki zawodowe, oddaje się w chwilach wolnych z zapałem i wytrwałością ulubionym przez siebie od lat młodych badaniom i próbom konstruowania instrumentów lutniowych.
A, że tego rodzaju pomysły i poczynania muszą długo kiełkować i realizacja ich napotyka na niemałe trudności ze względu na trudności doboru materiału konstrukcyjnego, podpatrywanie i naśladowanie cudzych wzorów oraz wypraktykowanie własnych prób, więc i u naszego artysty rozwój odbywał się dość długo. Mając dziś już przeszło pół setki lat życia, uprawia p. Janczar swe rzemiosło artystyczne na dobrą miarę dopiero od lat trzech.
Skromna, lecz schludna pracownia, w której pracuje p. Janczar wraz z dwoma synami, mieści kilkoro gotowych skrzypiec, kilka instrumentów będących w robocie, wreszcie sporo materiału konstrukcyjnego.

p. Janczar i jego skrzypce

p. Janczar i jego skrzypce

Oprócz skrzypiec wyrabia p. Janczar stroiki do instrumentów dętych; robi je ze specjalnej brazylijskiej trzciny cukrowej, sprowadzonej z Rio de Janeiro i Buenos Aires. Ponieważ używamy dotąd przeważnie stroików sprowadzanych z za granicy, więc wyrabianie w kraju tego na pozór mało znaczącego artykułu zasługuje na poparcie, gdyż uniezależnia nаs od wytwórczości obcej. Mistrz nasz wykonał również kilka kotłów i bębnów, a ma zamiar jąć się i produkowania wiolonczeli. Głównym jednak i najważniejszym – dodajmy: dotąd najlepszym jego instrumentem, to skrzypce.
Ton mają już obecnie tak piękny, że z trudnością z nimi w paragon iść mogą pierwszorzędne skrzypce mechanicznej roboty z fabryki. A kto wie, czy kiedyś nie staną się obiektami poszukiwanymi przez skrzypków znawców; teraz już dużo za tym przemawia. Sam ich konstruktor zresztą świadom jest ich wartości no i przede wszystkim własnej pracy i długotrwałych badań.
Instrument taki zrobiony jest z jaworowego drzewa góskiego, sprowadzanego z Tatr, z okolicy Zakopanego, po stronie czeskiej. Drzewo to przeszło dwadzieścia lat leży, zanim należycie wyschnie. Tajemnica dźwięku leży oczywiście – jak przy wszelkich tego rodzaju instrumentach – nie tylko w doborze jakości drzewa, ale i szczególnie w umiejętnym dopasowaniu poszczególnych proporcyj części składowych, z których skrzypce się buduje. Wiele znaczy też jakość laku i umiejętność szafowania nim. Wreszcie należyte zestawienie i połączenie części w całość, to także problem, który najlepiej rozwiązuje praktyka.
P. Janczar jest samoukiem i gros swych wiadomości posiada z własnych doświadczeń; niemało jednak również uczył się teoretycznie i studiował cenne egzemplarze zagranicznych skrzypiec, zwłaszcza instrumentów szkoły włoskiej, do których skrzypce jego są nie tylko z zewnętrznego wyglądu, ale i z tonu podobne. Oryginalny w konstrukcji lutnika toruńskiego jest swoisty sposób włączenia górnej płyty w ściany boczne: zostaje ona wpuszczona w korpus skrzypiec (widać to szczególnie w okolicy szyjki) nie zaś zwyczajnie nalepiona, jak to na ogól bywa. Instrument przez to staje się silniejszy i równiejszy, a przede wszystkim łatwiej go – przy stosowaniu takiej budowy – na prawiać.
Instrumenty te są – więc godne uwagi i zainteresowania. Warto by takiemu talentowi samorodnemu dać możliwości szerszego rozwinięcia się. Wyniki dotychczasowe tego się już domagają. Wesprzemy twórczość rodzimą, a kto wie, czy kiedyś, – jeśli zajmowanie się tą sztuką pozostanie w rodzinie i przejdzie z ojca na syna, nie zainicjuje Toruń własnej swej tradycji w dziedzinie przemysłu lutniczego tak, iż będzie można mówić o instrumentach „szkoły’ toruńskiej”.
Na wystawie, jaką zamierza w Toruniu urządzić Towarzystwo Popierania Przemysłu Ludowego na Pomorzu, warto będzie umieścić również instrumenty p. Janczara. Umożliwi to nie tylko zapoznanie się z twórczością w tak rzadkiej gałęzi przemysłu ludowego, ale da też możność zareklamowania i rozpowszechniania tych instrumentów wartościowych toruńskiego Stradivariusa, których dotychczas zbyt mało jest u nas w obiegu.
mgr Leon Witkowski
Słowo Pomorskie,  lipiec 1938 r.

Komentarze do “W pracowni toruńskiego lutnika

  1. Pamiętam zakład lutniczy na ul. Chełmińskiej chyba nr 19.Nazwiska już nie pamiętam,ale do lat 60-tych był tam zakład.Może to P.Janczara zakład o którym pisał przyszły profesor Leon Witkowski?

  2. Przy ul. Chełmińskiej 17 jeszcze na początku lat 70-tych XX w. istniał zakład naprawy instrumentów muzycznych p. Żuchowskiego .

  3. Uczniowie LP nr 4 w latach 60. na Chełmińską, tam gdzieś w okolicy DENTUSA, nosili skrzypce i smyczki do naprawy. Podczas ostatniej naprawy smyczka usłyszałam od niego, że syn czy synowie tego lutnika wyjechali do Niemiec. Wspominaliśmy dawne lata.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *